INDYJSKIE WINA I MAŁY SUPRISE

Wyjeżdżając pierwszy raz do Indii w 2014 roku nie omieszkałam zrobić dokładnego wywiadu w sprawie jakości i dostępności tamtejszych win. Nasłuchałam się z każdej strony jak ohydne jedzenie przyjdzie mi spożywać oraz jak mało doświadczenia mają Hindusi w produkcji wina i uprawie winorośli. Zamiast ubrań zapakowałam więc makarony, tuńczyki, łososie, sery i oczywiście ulubione butelki, których nie miałam serca zostawić w domu.

Na miejscu okazało się, że w regionie, w którym przyszło nam mieszkać panuje ścisły zakaz sprzedaży alkoholu, a zagraniczni goście muszą wykupić specjalną przepustkę, która upoważnia do zakupu sześciu jednostek wina miesięcznie. Alkohol można było wykupić w wyznaczonych punktach celnych, a wybór ograniczał się do trzech rodzajów win australijskich oraz oferty dwóch indyjskich producentów. Czytaj dalej

INDIAN STYLE, czyli herbatka z mlekiem

 Ambitne plany napisania szczegółowej relacji z rajdu po hinduskich restauracjach spaliły na panewce. Po wielu próbach i podejściach zakończonych serią porażek i decyzją o nierozstawaniu się nigdy więcej z butelką wody i z węglem, nadszedł czas na poszukiwania gastronomicznych oznak i fundamentów globalizacji, których istota krystalizuje się w postaci (wielokrotnie oczernianych przez nas ) McDonalda, Pizzy Hut i Starbucksa.

Życie zabrało mnie na długą wycieczkę do Indii, w odległy i bardzo mało znany region Gujarat znajdujący się na północy kraju. Spędzam tutaj już czwarty miesiąc i choć nie jest to mój pierwszy raz (a może właśnie dlatego) wyję z tęsknoty za wszystkim co cywilizowane, europejskie i jadalne. Zanim przyjechałam do Bharuch, malutkiej jak na tutejsze realia mieściny, liczącej niespełna 200 tysięcy mieszkańców, byłam przekonana, że lubię kuchnię indyjską. Pikantne? Ależ oczywiście! Zawsze i wszędzie, tylko nie  w Indiach.

Czytaj dalej

BIONDI SANTI, I JAK SIĘ TO WSZYSTKO ZACZĘŁO

Do degustacji zasiadamy więc pełne entuzjazmu. Nie na co dzień zdarza się być w miejscu, gdzie historia tak wyraźnie przeplata się z teraźniejszością. Leżakują tu  nawet stuletnie butelki, a właściciele zapewniają, że wciąż są one w wyśmienitej formie. Kręcimy kieliszkami, pociągamy nosem, mlaskamy jak na profesjonalnych degustatorów przystało. Nastaje długo wyczekiwana, najprzyjemniejsza z możliwych chwila ciszy i zadumy nad kieliszkiem.

Słynną winnicę BIONDI SANTI miałam okazję ponownie odwiedzić w towarzystwie Patrizii Leonardi, przyjaciółki rodziny i znanej włoskiej sommelierki, pierwszej kobiety której nadano tytuł najlepszego someliera Włoch. Ze względu na swoje rozmiary posiadłość ta nie ma porównania z resztą toskańskich winnic, w których produkowane jest Brunello.  Właściciele na każdym kroku przypominają o pionierskiej roli jaką odegrała ich rodzina w sercu Toskanii, na ścianach niezliczona ilość dyplomów, a dla nas przygotowano broszury, w których zamieszczono recenzje sław i autorytetów oraz najważniejsze nagrody i tytuły przyznane producentom . Można się również wpisać do księgi odwiedzających, wypełnionej notatkami pasjonatów wina z całego świata.

Czytaj dalej

PESSAC LEOGNAN, GRAND CRU, GRAVES, 1993

GRAVES, PESSAC LEOGNAN, GRAND CRU CLASSE, 1993, CHATEAU OLIVIER

Mimo, iż rocznik ’93 w przypadku PESSAC LEOGNAN, nie jest uznawany za wybitny, to butelka, która trafiła w moje ręce zdecydowanie przekroczyła moje najśmielsze oczekiwania. Nie tylko wobec tego wina, ale wobec wina w ogóle. Do tej pory zachwycałam się wieloletnimi Brunello, Barrolo, Rioją. Win francuskich nie znałam, ale to co jest najpiękniejsze w mojej winiarskiej pasji,to to, że nigdy nie przestanę się uczyć i odkrywać.

Czytaj dalej

APULIA PEŁNĄ GĘBĄ

Szukając nietypowych jak i inspirujących kierunków do enogastronomicznych wojaży  mój wybór padł na Apulię, mało popularny w Polsce, lecz uwielbiany przez rodaków region położony w południowych Włoszech. Podróż po obcasie Półwyspu Apenińskiego odbyłam jakiś czas temu, z moją serdeczną przyjaciółką. Samolotem z Wrocławia udałyśmy się do Rzymu, tam wypożyczyłyśmy samochód i ruszyłyśmy w drogę do Apulii, krainy drzew oliwnych, wina Primitivo di Manduria oraz kruchych ciasteczek taralli.

Po paru godzinach jazdy zatrzymałyśmy się, aby odetchnąć. Choć nawet Włosi nie za dobrze wiedzą gdzie dokładnie znajduje się GIOVINAZZO, to zdecydowanie polecam tę miejscowość wszystkim, którzy przemierzają świat w poszukiwaniu autentyczności i naturalnego piękna, które nie doświadczyło jeszcze turystycznych tortur i kiczowatych straganów z pamiątkami. W tej malutkiej portowej mieścinie zatrzymujemy się tylko na chwilę, na kieliszek beczkowanej grappy i małe co nieco, nie sposób jednak o niej zapomnieć. Centrum to czarodziejski maleńki labirynt uliczek z błyszczącego  w słońcu białego kamienia, pomiędzy którymi co chwilę ukazuje się widok na otwarte  morze. To idealne miejsce, żeby zjeść świeżą rybę, prosto od miejscowego rybaka i tak jak miejscowi skosztować do niej czerwonego Rosso del Salento, o dziwo harmonijnie komponującego się z tym przepysznym daniem.

Czytaj dalej